Narzeczona, cz. 11

Małgosia, śliczna blondynka, nieśpiesznie wracała do domu. Wiedziała, co ją tam czeka. Stos rupieci do pakowania, tony kurzu i pajęczyn. Przeprowadzka, to kara za grzechy – myślała po drodze. W dodatku było  jej bardzo ciężko na duszy. Skończyła już szesnaście lat, znajdowała się zatem u progu starości i wciąż była sama. Nikt jej nie kochał, nie patrzył się rozmarzonym wzrokiem ani nie oczekiwał pod domem. Czekała, aż miłość spadnie na nią, jak grom z jasnego nieba, bez reszty wypełni umysł i duszę, a tu nic. „Tylko jakiś zboczeniec mnie gonił!” – pomyślała z niesmakiem o zimowym doświadczeniu. Zajście wydawało się tym bardziej przykre w porównaniu z brakiem jakiegokolwiek działania ze strony obiektu jej uczuć. Miłości absolutnie nieodwzajemnionej. Zdeterminowanie zboczeńca nieprzyjemnie kontrastowało z chłodnym stylem bycia niejakiego Krzysztofa, porucznika  i prokuratora w jednym. Małgosia marzyła o tym, aby świeżo upieczony pan prokurator zechciał się w niej zakochać, ale ten tylko sporadycznie zapraszał ją na przejażdżki służbowym autem, do szkoły i z powrotem.
Od ostatniej wyprawy do lasu, na grzyby, w którym to lesie zgubili się i pan porucznik wpadł w panikę, że nigdy się stamtąd już nie wydostaną, choć nie była to puszcza amazońska a inni zbieracze, choć niewidoczni – byli doskonale słyszalni – zapadła cisza w eterze, jakże nieznośna i bolesna. Małgosia rozpaczliwie broniła się przed myślą, że obiekt jej uczuć przepadł bez wieści, może nawet zginął śmiercią tragiczną, raniony piórem w oko podczas rozprawy, pozostawiając po sobie żal, rozpacz, pustkę i coś tam jeszcze. Nawet jeśli ten żal trwał dopiero dwa dni, był to ciężar tak ogromny, że absolutnie należało się nim podzielić z kimś godnym zaufania. W przeciwnym razie groziła śmierć z przedźwigania.
Jedyną osobą zdolną do takich rzeczy, był sąsiad Małgosi, Bartek. Bartek doskonale rozumiał się na sprawach uczuciowych i można było rozmawiać z nim o wszystkim. Bartek mieszkał piętro niżej.
- Tez się masz kim przejmować! – powiedział Bartek, który porucznika już zobaczył, ale ponieważ jego strzała Amora nie ugodziła w głowę, to dostrzegał i rozumiał trochę więcej. – To jakiś głąb! Pluń na niego! Mało to facetów dookoła?
- Takich, jak on, mało!
- Jasne, mało. Takiego idioty ze świecą szukać! – zachichotał Bartek na samo wspomnienie o tym, jak to porucznikowi wypadło jedno szkło z okularów przeciwsłonecznych, on zaś tego nie zauważył i narzekał, że słońce go razi.
- Ale mną interesują się sami zboczeńcy! Mówiłam ci!
- Zboczeniec może być interesujący.. – rozmarzył się Bartek. – Oni podobno wyróżniają się wspaniałą wyobraźnią, są bardzo kreatywni, pomysłowi…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>