Narzeczona cz.7

Następnego dnia myśl o zawarciu znajomości z nieznajomą blondynką zaprzątnęła Mariana bez reszty. Wyszedł do szkoły bez śniadania i bez szalika, a przez wszystkie zajęcia siedział, jak na szpilkach i  co i raz patrzył na zegarek. Po wyjściu ze szkoły natychmiast udał się na przystanek, w poszukiwaniu blondynki. Dziewczyna stała i mokła. Dziś wydała mu się jeszcze piękniejsza, pomimo mokrych strąków na głowie. na twarzy rozmazany, gustowny makijaż tworzył niepowtarzalne zestawienia kolorystyczne, a cały płaszczyk pokrywały deszczowe kropki. Wszystkiemu winna była parasolka, która akurat podczas ulewnego deszczu nie chciała się otworzyć. Tramwaj, jak to tramwaj, zatrzymał się na przystanku. Dziewczyna wsiadła, marian za nią. Rozejrzał się z lekkim niepokojem, ponieważ wydawało mu się, że motorniczy przygląda mu się podejrzliwie. Na wszelki wypadek stanął z dala od hamulca bezpieczeństwa,  żeby go nie prowokował. Dziewczyna przejechała dystans trzech przystanków, wstała i zbliżyła się do wyjścia. W Marianie uczucia zakotłowały się. Serce mówiło: Tak!, rozum: Poczekaj!  Ślad uderzenia na policzku był jeszcze świeży. Dusza ciągnęła za dziewczyną, rozsądek pętał nogi. Spojrzał na puste siedzenie i w kącie dostrzegł parasolkę. W ostatniej chwili zerwał się, chwycił parasolkę i wybiegł z tramwaju. Dziewczyny nie było. Rozejrzał się – ani śladu. -”Wszystko skończone!” – krzyknęło w duszy młodzieńca.
- Dlaczego skończone? – zapytał głośno sam siebie. Brudna woda w kałuży, w której stał kiwała się miarowo.
- A bo ktoś ukradł kawałek chodnika, psia krew! – splunął ze złością przechodzący obok cieć. – Co to za ludzie, jak rany! Naprzód ktoś ukradł drzwi do windy, potem, panie, ukradli klamkę od zsypu, a potem kawałek poręczy przy schodach. I ja to , panie, rozumiem. Mogło komuś drzwi do pokoju brakować, do drzwi klamki, balustrady przy łóżku, jasna sprawa, ale po kiego diabła kradną chodnik?! W mieszkaniu podłogi nie ma, czy co?!
Marian doskonale bezmyślnie wysłuchał monologu dozorcy, po czym niczym rześki rumak pociągnięty  szpicrutą, pomknął w stronę przejścia podziemnego.
Dziewczyna szła szybko, czując niewytłumaczalny niepokój. Ten chłopak przyglądał się jej już od dłuższego czasu. Widywała go w tramwaju. Przerażał ją. Potargane, ciemne włosy, dzikie spojrzenie spode łba, czerwone wargi. -” Zupełnie, jakby żywił się ociekającym krwią, surowym mięsem.” – pomyślała i dreszcze przebiegły jej po plecach niczym stado rozpędzonych mrówek. Niespokojnie obejrzała się za siebie. Zauważyła, ze zbir w ostatniej chwili wysiadł z tramwaju i wyraźnie podążał za nią. Usłyszała bicie własnego serca i przyśpieszyła kroku. Czuła na plecach dotyk bandyckich oczu i – bała się coraz bardziej. Przeszła przejściem podziemnym, prawie w biegu dotarła do najbliższego budynku. Obejrzała się. – „Idzie za mną?… Idzie!!” – Słyszała kroki, które, jak młoty waliły jej pod czaszką. Wbiegła na klatkę schodową i dopadła windy. Była już mokra ze strachu, nie tylko od deszczu.
Tymczasem Marian, jak szalony wpadł do bloku, zobaczył dziewczynę znikającą w windzie i rzucił się w jej stronę. Nie zdążył. Drzwi windy zatrzasnęły się.
Dziewczyna odetchnęła z ulgą. Udało się. Zobaczyła rozpłaszczony nos na szybce drzwi do windy i wydało jej się, że słyszy niewyraźny jęk – Halo, pani parasolka…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>